Wielki Dyplomata
Misiu!
Wołanie to dało się słyszeć z drugiego pokoju. Misia otworzyła drzwi.
— Czego chcesz? — zapytała.
— Moja droga, każ tu zapalić! Poprostu niema się odwagi wstawać! Nigdzie się tak nie marznie jak w tym Maryenbadzie! Żeby jaknajprędzej uciec!
Mówiąc to, Kazia kołdrą mocniej się okryła.
— Żeby nie rower — dodała — tobym tu nie wytrzymała.
— Wszystko się wytrzymuje - — rzekła filozoficznie Misia.
— A i rower na włosku wisi.
— Jakto?
— Przecież ojciec postawił warunek: Z chwilą, w której do Maryenbadu zawitają jacy znajomi, koniec z rowerem. Ojciec doprawdy, Bóg wie, co sobie wyobraża... Już wszyscy jeżdżą na rowerze, nawet królowa Małgorzata, mająca dorosłe dzieci, a mnie ma to okryć śmiesznością czy jakiemi pozorami emancypacyi...
— Nie bój się! W kurliście ledwo kilka nazwisk pol skich. Kto ze znajomych miałby tu przyjechać?
— Zobaczysz, że mi to na złość zrobią i przyjadą.
— Wstawaj, pesymistko, wstawaj! Z rozkazem palenia w piecu musimy poczekać na ojca, skoro nie lubi, byśmy się rozporządzały same. Zresztą piec nie prędkoby się rozgrzał i w każdym razie musisz wstawać w temperaturze, jaka jest.
Kazia przeciągnęła się w łóżku leniwie. Cała jeszcze różowa od snu i od ciepła posłania, z dużymi warkoczami lekko na noc splecionymi, opadającymi po obu stronach głowy, czyniła wrażenie prawie oślepiającej młodości, piękności i czaru. Starsza o całe lat ośm Misia, patrzała na nią, jak rozkochana w swem dziecku matka. Wzięła w rękę jeden z jasnych warkoczy siostry, jakby jego wagę odczuć chciała i uśmiechała się zachwycona pełnią wdzięku rozespanej Kazi.
Leniwa dziewczyna wiedziała doskonale, że jej piękność wywoływała uśmiech pełen zachwytu starszej siostry. Zarzuciwszy ręce pod głowę, rozkoszowała się jakby ciepłem podwójnem. Jej ciało czerpało go z posłania, jej próżność ze wzroku Misi.
Ciężkie kroki dały się słyszeć w korytarzu, Misia przestraszona, wbiegła do drugiego pokoju, służącego za salon i za jadalny pokój zarazem.
Do śniadania wszystko już było przygotowane i oczekiwano na pana Poturowskiego, który wszedł w tej chwili.
Był to mężczyzna sześćdziesięcioletni, otyły, z fałdami podbródka, leżącego na śnieżnej białości ciasnym kołnierzyku, co mu dawało wyraz apokaliptyczny. W ruchach jego, ubraniu znać było ciągłą chęć ukrycia otyłości, wydania się lekkim i o ile można wysmukłym.